piątek, 20 września 2019
Miło Cię widzieć!

Jak grzyby po deszczu...

12 stycznia 2011

Polska - kraj ogromnych możliwości! Dla zaradnych. A zaradność to nasza cecha narodowa. Niestety może ona doprowadzać do „małpiego” naśladownictwa, które zawsze jest destrukcyjnie. Skupiając się na ilości zapominamy o tym co powinno być najistotniejsze – zapewnienie wysokiej jakości, zarówno świadczonych usług jak i produktów, które oferujemy naszym klientom.

 



Obserwując prężnie działający gabinet kosmetyczny pani Zosi, czy zakład fryzjerski pana Kazia zakładamy, że skoro oni odnieśli sukces biznesowy to i nam się uda. Godna pochwały przedsiębiorczość i odwaga niejednokrotnie musi się jednak zderzyć z często okrutną rzeczywistością. Jeśli w stutysięcznym mieście jest co najmniej sto działających gabinetów kosmetycznych oraz około stu pięćdziesięciu salonów fryzjerskich, nasze szanse na zysk kroczą po równi pochyłej w kierunku zera. Gdy uwzględnimy tzw. „domówki” (zabiegi wykonywane w domach, między praniem a gotowaniem) pojawi się świadomość licznej konkurencji, odbierającej chleb, pracującym nad jakością, profesjonalistom. Do tej pory nie powstały na tyle silne gremia (izby branżowe), aby mogły one zahamować tę lawinę coraz gorzej świadczonych usług oraz potęgujący się chaos. Aby mieć uprawnienia do założenia własnego gabinetu kosmetycznego lub salonu fryzjerskiego wystarczy ukończyć, dwu-, trzymiesięczny kurs zawodowy. Nieliczni pamiętają, iż jeszcze jakiś czas temu fryzjer mistrzowskie szlify zdobywał latami. Proces nauki zawodu nierozerwalnie związany był z nabywaniem kolejnych umiejętności (teoretycznych i praktycznych) na poszczególnych stopniach edukacji: ucznia, czeladnika a dopiero po złożeniu egzaminu – mistrza fryzjerskiego. Dzisiaj kiedy znakomita większość salonów i gabinetów prowadzonych jest przez „kursantów”, a ich wiedza i umiejętności pozostawiają wiele do życzenia, zdobywanie i utrzymanie klienta odbywa się nie poprzez podnoszenie jakości, ale obniżanie ceny i/lub liczne promocje, czy tzw. korzyści dodane. Nieliczni klienci mają świadomość tego, że świadczone na progu opłacalności usługi wykonywane są najczęściej produktami z „niższej półki” i na sprzęcie niskiej jakości. Większość zakłada, że w ramach „promocji” i „specjalnie dla niego” otrzyma najwyższą jakość zarówno stosowanych kosmetyków jak i całych zabiegów. Zaskoczeni, że np. „trwała” na włosach wcale nie jest trwała lub spaliła włosy, tipsy odpadły następnego dnia, a zmarszczki po zabiegu, wyprodukowanym gdzieś w Azji, eReFem jeszcze się pogłębiły, dzierżą w dłoniach „korzyści dodane”: kupony na loterię, w której można wygrać weekend dla dwojga, super komputer, czy 50% rabat na dodatkowy zabieg. A właściciel gabinetu, czy salonu zgrzyta zębami licząc ile jeszcze może zejść z ceny, żeby tylko przetrwać kolejny rok, spłacić którąś z zaległych faktur lub wypłacić opóźnione wynagrodzenia.

 


Taksówkarze skutecznie blokują dostęp do swoich korporacji, adwokaci – do ilości praktyk adwokackich, przykłady można mnożyć. Rodzi się pytanie dlaczego zrzeszenia branży kosmetycznej i fryzjerskiej nie chronią swojego rynku? Poprzez weryfikację wiedzy oraz umiejętności osób chcących działać czynnie w branży oraz okresową kontrolę jakości świadczonych usług, mogłyby mieć wpływ na tworzenie zdrowej konkurencji we właściwym tego słowa znaczeniu. Zarastające gąszczem salonów i gabinetów miasta zamieniają się w fryzjersko-kosmetyczną dżunglę, na terenie której prowadzona jest bezpardonowa wojna cenowa, działająca ze szkodą zarówno dla klientów jak i samych zainteresowanych. Co przyniesie kolejny miesiąc, kwartał, rok? "Deszcz" nowo-wyedukowanych kosmetyczek i fryzjerek, nadal pada. A salony i gabinety rosną jak przysłowiowe "grzyby" po tym deszczu. Tylko komu tak na prawdę to służy.


Oceń ten artykuł
(25 głosów)